Przebłyski światła.
To, co właśnie się w niej działo, przypominało wietrzny dzień, gdy chmury gonią po niebie, a czasem trafia się skrawek błękitu z blaskiem słońca, który szybko znika.
Czuła, że jej codzienność jest tak rozpędzona, jak te chmury. Mimo nawału zadań i dobrze znanego już napięcia, które jej towarzyszyło co dnia - do głosu dochodziło coś nowego. Łapała to coś resztką świadomości, jak obraz uchwycony kątem oka, nim zniknie. Pragnienie? Tęsknota? Wołanie? Nadzieja?
To dlatego zachowała się u brata inaczej, niż zwykle. Gdy zapytał ją, co słychać, a ona mimo lęku, że ją wyśmieje - powiedziała mu o tym, jak marzy o wyjeździe na Majorkę. "Phi!" - usłyszała w reakcji. I to jego wzruszenie ramion, które było niczym szpila w żebra.
Poczuła się śmieszna, głupia, naiwna, jak zwykle w takich momentach. Coś jednak w środku niej zawrzało; i zanim pomyślała, zanim zdołała się powstrzymać setny raz, zapytała brata: "Dlaczego tak robisz?"
Spojrzał na nią zdumiony, jakby nie rozumiał, o co jej chodzi. Zamarł na chwilę, i wtedy dostrzegła zmianę w jego twarzy, jakby coś zrozumiał, coś może sobie uświadomił?
"To fajna rzecz, taki wyjazd" - powiedział nagle, zupełnie innym tonem.
A ona poczuła, że nie ma w nim już wrogości, krytyki, oceny... A co było? Chyba... zrozumienie...?
Często później wracała w myślach do tej sytuacji.
Wiedziała, że oto stało się coś ogromnie ważnego dla niej.
Mimo lęku, mimo napięcia - wyraziła swój ból, tak, jak umiała. Nie schowała się w sobie, nie skuliła - odezwała się. Odsłoniła. Miała wrażenie, że w tamtej krótkiej chwili stanęła wyprostowana, choć przerażona - we własnej obronie.
I zwyciężyła. Zwycięstwem było to, że nie zamilkła. Cicho, lecz odważnie, dała znać, że reakcja brata dotyka ją, i nie jest to miłe.
A on... jakby dzięki temu dostrzegł jej uczucia, jakby wyraźniej ujrzał ją samą.
I nie została odepchnięta.
A przede wszystkim - nie odepchnęła samej siebie.